22 gru 2015

Od Kahir'a cd. Elizabeth

Podnoszące się głosy, krzyki.. kłótnie. Aż głowa pęka. Chłodnym wzrokiem wyprosiłem każdego, prócz Elizabeth i szczeniaka, który ganiał za swoim cieniem. 
-Widzę świeżą przybłędę zatrzymałaś. - Mruknąłem do wilczycy.
-Jaką znowu przybłędę? Spójrz jaka radosna.. i słodka. Po za tym nazywa się Kalta. - Przez moje zachowanie atmosfera zrobiła się spięta. Spróbowałem uśmiechnąć się do małej, oraz Beth. Hehh... ironiczne...
-Haha, martwiłaś się o mnie co?
-NIE! skąd ten pomysł?
-Skoro trzęsłaś się jak galaretka i Bóg wie co... - Puściłem jej mało widoczne "oczko".
-Wmawiasz sobie coś. Egoista, narcyzm!
-Ale nie sądzę, że jestem pięknyy niczym... coś, a egoista... jak to? Po prostu mnie nie znasz z lepszej strony kobietko. - Odwróciłem wzrok. Parsknąłem obraźliwym śmiechem.
-Nie mam zamiaru się kłócić.
-Ależ ja się z Tobą nie kłócę. - Odpowiedziałem. Ta zaś zawołała Kaltę i chciała mnie zostawić w spokoju. Zatrzymałbym ją, tylko jak? Chwycić ją, ugryźć? Przecież nie mogłem się ruszyć. A... słowami było mi ciężko.
Tracąc wilczyce z oczu ułożyłem wygodnie głowę i wpatrywałem się w ścianę. Była tak bardzo interesująca... Czas płynął powoli, w ciszy... w ogromnej nudzie zasnąłem.
Na następny dzień przyszła Pazzo mnie nakarmić oraz przyniosła coś do picia. Wysmarowała mi miejsce zszyte szwami. Maź była tłusta, ale za to miała cytrynowy zapach.
Kolejne dnie wyglądały tak samo... Elizabeth przestała mnie odwiedzać. Nie wpłynęło to jednak na moje zdrowie, czułem się coraz lepiej. Z każdym dniem rana się goiła, siły powracały. Dokuczało mi to, że musiałem siedzieć w tej zasranej jaskini... od czasu do czasu się przewietrzyć, co to ma być? Pff...
W końcu nadszedł dzień, gdzie szwy zostały wyjęte w całości. Dumnie unosząc głowę wybiegłem z jaskini z pełnym entuzjazmie. A na mym pysku widoczny był wielki "banan" szczęścia. Nie będąc pod opieką wbiegłem na zamrożone jezioro. Ślizgałem się na łapach w tą i z powrotem. Aż w końcu moje pazury zawiodły i nie wbiły się w pierwszą warstwę lodu i nie zatrzymując się wleciałem na... Elizabeth?!
Radość nieco opadła, lecz nadal tkwiła mi w duszy. Ano... szybko się ocknąłem i zszedłem z niej. Usiadła na przeciwko mnie, wpatrując się na moją osobę.
-No.. co tam? - Zapytałem z uśmieszkiem.
_________
Elizabeth? :)))))))))))))))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentując, zachowujmy kulturę wypowiedzi. Pamiętaj, to, jak się wyrażasz świadczy tylko i wyłącznie o tobie!